WAYPOINT RACE Pruszków 22.05.2010

Maj 25, 2010 przez
Kategoria: Różne 

Relacja Harrego:

Już w zeszłym roku myślałem o wystartowaniu w tym maratonie, ale sytuacja rodzinna nie pozwoliła mi na pojechanie do Pruszkowa.  W tym roku po wcześniejszym zapisaniu się wszystkie swoje sprawy tak załatwiałem abym mógł wystartować i jakoś się udało.  Jeżeli chodzi o same zawody, to myślę, że jest to impreza w której warto wystartować, bo można tu trochę się pościgać – jak ktoś chce, albo przejechać spokojnie swoim tempem.
Po otrzymaniu mapy i kilku minutach przed startem razem z Filipem popatrzyliśmy na wyznaczone punkty i zdecydowaliśmy, które będą naszym celem. Kolejność punktów dowolna.
Ruszyliśmy przed siebie. Filip pierwszy ja za nim. Do drugiego punku (bo od tego zaczęliśmy) dojechaliśmy razem, choć ja pojechałem z inną grupą i trochę inną trasą niż on.  Na pierwszym punkcie też się spotkaliśmy, ale już tylko przelotnie. Do czwartego punktu ruszyłem sam, bo ludzie z którymi jechałem zbyt długo zastanawiali się nad dalszą trasą. Ja natomiast jechałem spoglądając co chwila na mapę. Trochę to było uciążliwe, bo co ślepemu po oczach. Okulary do czytania cały czas w kieszonce, albo zawieszone na koszulce. Trochę to niewygodne. Z odnalezieniem tego punktu miałem trochę kłopotów, bo chyba pojechałem trochę za daleko i nie za bardzo wiedziałem gdzie jestem.  Musiałem o drogę popytać trochę mieszkańców a i z tym było nie za łatwo. Jakoś po pewnym czasie udało się ten punkt odnaleźć. Straciłem przez błądzenie jakieś 20min.  Następnie punkt 5-ty poszedł dość łatwo, choć po starcie miałem trochę kłopotów z odnalezieniem odpowiedniej drogi. Punkt 6-tu odnaleziony bez problemów. Został się ostatni punkt, a mianowicie punkt 3-ci. Jest godz.12:40 i jak dla mnie świetny czas.  Ruszam zadowolony do ostatniego punkty i według mapy mam do niego jakieś 6km.  Do lasu dojechałem dość szybko i szybko odnalazłem odpowiednią ścieżkę. Jednak podczas jazdy gdzieś zgubiłem szlak i pojechałem nie w tą stronę. A jeszcze na dodatek droga błotnista i bardzo miękko. Kilka razy muszę schodzić z roweru. Raz zaliczam nie groźną glebę Bardzo długo trwało nim odnalazłem odpowiednią trasę, a właściwie człowieka, który mnie na odpowiednią trasę skierował. Na ostatni punkt zajechałem dopiero o godz. 14: 10 – porażka. Oznaczam na karcie przyjazd i przy okazji odbieram tel. od Filipa, że idzie pieszo, bo urwał przerzutkę i prosi o podjechanie i pomoc. Wyjeżdżając z lasy na ostatni kilkukilometrowy fragment drogi zauważam po prawej stronie maszerującego Filipa. Szedł z innego punktu niż ja. Machnąłem mu ręką i pojechałem w kierunku mety. Jednak po kilkuset metrach uświadomiłem sobie, że mam rozkuwacz i mogę mu choć trochę nim pomóc. Zawróciłem więc i po dojechaniu oddałem mu rozkuwacz. Filip nie chciał pomocy i kazał mi jechać na metę.  Po przejechaniu 58km zajechałem na metę po 4godz i 21min. Filip przyjechał 11-cie minut później.  Gdybym mniej błądził mogło być jakieś 40 min wcześniej i miejsce w drugiej dziesiątce.  Chociaż inni też chyba błądzili.
Impreza godna polecenia, oczywiście nie jako wyścigi, ale jako coś innego co warto zobaczyć i przeżyć.  Ja na pewno jeszcze wystartuję.

Relacja Filipa:

Maraton w Pruszkówie odbył sie już trzeci raz. Zarejestrowało się około 400 osób, a ponieważ pogoda dopisała znaczna część pojawiła się po odbiór pakietów startowych. Wszystko zaczeło się na stadionie Znicz w Pruszkowie skąd równo o godzinie 10:00 wszyscy ruszyli na tor kolarski BGŻ Arena. Na miejscu zostały rozdane mapy i nastąpił po 10 min. start ostry.
W ramach maratonu można było wystartować na trzech dystansach (Famili, Fun, Pro) odpowienio podobna długość trasy do maratonów wyścigowych mazovii. W kategorii Fun pojechało dwóch zawodników Welodromu, Marek Daniec (263) i Filip Wincenciak (264). Trasa miejscami dość wymagająca technicznie, sporo błota i nie przetartych scieżek. Obaj zawodnicy wykonali plan i odnaleźli po 6 pkt kontrolnych oraz stawili się na mecie.
Marek Daniec miejsce 41 z czasem 4:21, Filip Wincenciak 61 z czasem 4:32 na 123 zawodników startujących.
Filip niestety zaliczył przygodę z urwanym hakiem od przerzutki i spory spacer. Na szczęście spotkał go Marek pomógł w naprawie roweru dzięki czemu obaj ukończyli z niewielką różnica czasu. Marek stwierdził po maratonie, że to coś zupełnie innego ale całkiem fajna zabawa i zamierza jeszcze kiedyś wystartować.
Liczymy że w przyszłym roku na tej imprezie Welodrom będzie obecny na podium!

Tutaj są całe wyniki

Fotki

Komentarze

Podziel się opinią, a jak chcesz mieć własny obrazek obok komentarza,
stwórz swój gravatar!





stat4u